UWAGA!!! Spoileruję!!!
Oczywiście, próba analizy kolejnych odcinków LOSTów jest z góry skazana na niepowodzenie. Zbyt dużo wątków, zbyt dużo postaci a nawet światów, które te postaci zamieszkują. Dlatego też w rubryce tej postaram się jedynie zarysować moją całkowicie subiektywną ocenę dotyczącą danego epizodu, z gruntu niekompletną i być może omylną. By ułatwić sobie zadanie, dzielę opis na cztery kategorie do obczajenia poniżej. To zaczynamy.
LA X
Napięcie i suspens: Przewidywałem że pierwsza scena ostatniej serii będzie odwzorowaniem pilota i nie myliłem się. Wrzucenie jednak znajomych twarzy do kompletnie alternatywnego wszechświata, w którym Wyspa pogrzebana jest gdzieś na dnie oceanu jest pomysłem świetnym. Kto kochał LOSTów do końca trzeciej serii, a przy czwartej stracił cierpliwość, może odetchnąć z ulgą, ponieważ w LA X wraca naprawdę klasyczny, najlepszy z możliwych skład rozbitków. Godny pochwalenia jest motyw Juliet, który łamie niepisaną zasadę, że kto wpada w niebezpieczeństwo w pierwszym odcinku serii, musi koniecznie przeżyć. Tu niespodzianka. Z tego samego powodu drażni wskrzeszenie Sayida, choć coś mi mówi, że mogą się jeszcze wykluć z tego ciekawe rzeczy.
Bohaterowie/gra aktorska. Niewątpliwie i bezsprzecznie odcinek ma jednego libero, czyli Terry’ego McQuinna w podwójnej roli Johna Locke’a oraz antagonisty Jacoba. W świecie bez wyspy wszechrozumiejący Papa Smurf, na Wyspie pure evil. Czy można chcieć więcej? Josh Holloway jako Sawyer nie zawodzi, Evangeline Lilly gra tutaj to, co kochamy najbardziej, czyli Kate nawalająca stróżów prawa i ganiająca z gunem po lotnisku. Benjamin Linus wraca z roli podnóżka do bizantyjskiego intryganta, co może tylko wyjść fabule na dobre. No i Elizabeth Mitchell. Ślicznie pożegnała się (?) z nami. Prawdziwa Juliet, oddająca ducha w ramionach swego szorstkiego Romeo.
Mistyka. Jest mistyka i bardzo dobrze, bo początek piątej serii z podróżami w czasie był tak debilny, że nie do zniesienia. Nareszcie wracamy na dobre tory, czyli Wyspa jako wskrzeszenie mitu Atlantydy i dwóch mocno zarysowanych, aczkolwiek stojących trochę w tle przeciwników, (Jacob/pseudo-Locke) poruszających pionki w swojej dualistycznej rozgrywce. No i wciąż nie wiemy którzy to są good guys. Zaczyna się obiecująco.
Podsumowanie. Cóż powiedzieć? Niebo lepiej niż początek piątej serii, chociaż scenarzyści pod koniec piątki zostawili sobie tak szeroką furtkę do resetu, że spokojnie szóstka mogłaby zaczynać się na Jowiszu, a i tak byłoby to wiarygodne. Co więcej? Wchodzą nowi ludzie, chociaż Dogen nie wydaje się być postacią na miarę Richarda Alperta. Wyjaśnia się na tyle, żeby oglądać dalej, ale nie na tyle by poczuć się bliskim rozwiązania zagadki. Najfajniejsze chyba w tym wszystkim jest to, że nawet scenarzyści tak do końca nie znają wszystkich odpowiedzi. Teraz tylko czekać na kolejne: previously on LOST.
![]()
![]()
Construction Time Again jest trzecią studyjną płytą zespołu, a wydaje się, jakby mogła być pierwszą. Tutaj wreszcie skrystalizował się skład zespołu, który miał przetrwać następną dekadę, tutaj Martin Gore wykształcił się na songwritera (sorry, ale Broken Frame mimo paru niezłych momentów to jeszcze nie było to). Construction Time Again, jest płytą wyjątkową, nawet na DM, których każde wydawnictwo można tak określić. Album ten jest świadectwem, trudno stwierdzić czy przełomu w grupie, czy też dopiero rodzenia się prawdziwego zespołu, tak czy owak jest to moment ważny w karierze Gahana i spółki. W porównaniu z drugą płytą jest to bezsprzeczny krok naprzód – brak tutaj mega-chwytliwych, ale nieco teeny poppy utworów typu See you, a rysująca się na Construction Time Again dojrzałość twórcza widoczna jest zarówno w sferze aranżacyjnej, jak i tekstowej. Pierwszą można łatwo wytłumaczyć – wpływ nowej fali. Utwory nagrywane były najpierw w studiu Johna Foxxa, a następnie w legendarnej berlińskiej Hansa Studio. Niemcy mają tutaj znaczenie kluczowe. Martin słuchał w tym czasie Einsturzende Neubaten (z których banku sampli, według plotki korzystali przy nagrywaniu płyty) czy też Der Plan, a w Hansie zdarzyło im się spotykać z członkami DAF. Oczywiście, wkład wspomnianego wcześniej Alana Wildera, jako jedynej po prawdzie osobie w zespole z wykształceniem muzycznym, był nieoceniony, ale jego persona zasługuje na całkowicie oddzielny wpis, tak więc pozwólcie że tylko o tej sprawie wspomnę.
Pora przejść do kompozycyjnego i tekstowego wymiaru płyty. Jak już wcześniej zostało zarysowane, szerokie użycie samplingu było kwestią kluczową dla powstania Construction Time Again i w sposób znaczący wpłynęła na brzmienie kompozycji. Co do tekstów, to zarówno Martin jak i Alan (pamiętajmy, Two Minute Warning, The Landscape Is Changing oraz Fools ze strony B Love In Itself), co jeszcze wcześniej się nie zdarzyło, poruszają na płycie kwestie społeczne. NME bodajże nazwał ich w tym okresie nawet zespołem marksistowskim, nie należy jednak (jak połowy rzeczy z NME) traktować tego zbyt serio. Fakt faktem, głównymi tematami płyty jest zimnowojenny klincz, pieniądze jako root of all evil itp., ale prawdą jest również że Some Great Reward już aż tak jednostronna nie była (ok. Master & Servant oraz People Are People, ale poza tym to już chyba nic), bo i być po prostu nie powinna. Chłopacy o tym widzieli i uniknęli dzięki temu zaszufladkowania, czym otworzyli sobie dosyć poważnie możliwości twórczych manewrów, dzięki czemu nie znikli wraz z rewolucją lat dziewięćdziesiątych jak wiele zespołów z poprzedniej dekady. I bardzo dobrze.
![]()
- Buduję czarne dziury, ale jako że wszechświat jest więcej niż czterowymiarowy, to dla naszego oka są one nieskończenie małe, tak więc ci ich nie pokażę.
Spoko, spoko – odpowiedział Nashapasha i poszedł na miasto, na szarańczę z kebabem.
Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane dojo w Japonii. Pewnego razu, podczas prowadzenia wykładu z mechaniki kwantowej zapytał:
- A ta czwarta płyta Iron Maiden, jak się ona nazywała, pamiętacie?
- Ta z Eddiem na okładce? – odpowiedział jak zwykle rezolutny Notonara
Ariwara-no-narihira-ason by Katsushika Hokusai (1760-1849)
Mistrz Karimata prowadził najbardziej szanowane sdojo w Japonii. Pewnego razu, z chorą nogą przyszedł do niego cesarz Horanoga i tak się zwierzał:
- Senseiu! Nie wiem jak długo jeszcze moja noga postanie na tym padole, dlatego muszę tobie powiedzieć coś, co zalega mi na sercu, taki mam szejm.
- Rodzaj flegmy? – pomyślał zaniepokojony mistrz, ale nie było to to.
- Kiedyś, za młodzieńczych lat, podczas spotkań następców tronów omawiałem z księciem Baudouinem, przy sake, największe płyty wszechczasów. Rzekł on wtedy Black Celebration to ważna płyta, Question of Time, Here Is the House… a ja wtrąciłem: Strangelove…
- Strangelove jest na Music For the Masses – cicho szepnął Karimata, a pomyślał: szejm, szejm…
Abe-no-nakamaro by Katsushika Hokusai (1760-1849)